Strona Główna
Przejdź do:
- Beletrystyka
Forum dyskusyjne
Krążowniki PMW - ORP (PL) Polonia

Krążowniki PMW - ORP (PL) Polonia



Fotografia krążownika typu: Caledon

Należący do typu Centaur, podtypu Caledon, HMS Cassiopea został zbudowany w stoczni Cammel Laird, ale z powodu licznych zmian konstrukcyjnych stoczni, nie został uzbrojony i wcielony do Royal Navy, będąc od roku 1917 zakonserwowany i pozostawiony jako rezerwa strategiczna. Decyzją Admiralicji uzbrojony częściowo w roku 1927 i przekazany Polskiej Marynarce Wojennej na okręt treningowy i doświadczalny. W PMW otrzymał nazwę ORP (PL) Polonia i wszedł do służby w marcu 1928 roku. Dane techniczne: wyporność normalna 4060 ton, długość 140 metry, szerokość 13,3 metra, zanurzenie 4,3 metra; napęd 2 turbiny Brown-Curtis, osiem kotłów Yarrow, 2 śruby, moc 40000 KM, szybkość 29 węzłów, zapas paliwa 300 ton, maksymalny 910 ton, zasięg 2100 mil morskich przy 23 węzłach, 1480 Mm/27,5 w., 5000 Mm/16 w., 6300 Mm/10w., załoga 290 (etat wojenny 370), uzbrojenie 4 działa pojedyncze 152 mm, 2 działa pojedyncze 47 mm, 2 działa pojedyncze 40 mm plot, 4 pojedyncze wyrzutnie torped 450, 1 działko 37 mm salutacyjne, bomby głębinowe, dwa karabiny maszynowe Maxim 7,6 mm, opancerzenie burty 76 mm, komór amunicyjnych i mostka 50 mm, pokład 25 mm. Tekst powieści o krążowniku:


Komandor Unrug był ogromnie zaskoczony rozkazem z Warszawy, że ma na pokładzie torpedowca ORP Podhalanin przywitać nowy krążownik PMW. Według rozkazu komandora Świrskiego, ma nadpłynąć prawdziwy krążownik, a nie jakaś namiastka tego okrętu, jak to było w przypadku kanonierek. Dlatego z dreszczem emocji stał na mostku torpedowca i wypatrywał dziwnego przybysza manewrując opodal wyniosłej skarpy Rozewia. Komandor Świrski przez telefon informował go, że Royal Navy zdecydowała się im oddać okręt typu Ceres bez kompletnego wyposażenia na okręt szkolny dla floty. Szef KMW zapewniał, że mimo to Unrug zobaczy w pełni wartościowy krążownik uzbrojony w cztery działa kalibru sto pięćdziesiąt dwa z pięciu nominalnych i bez uzbrojenia przeciwlotniczego, czyli dział kalibru siedemdziesiąt pięć. Ponadto Anglicy zdemontowali z niego bomby hydrostatyczne i wyrzutnie torpedowe. Szef KMW wspomniał też o aktywnym udziale komandora Novotnego w nabyciu tego okrętu, gdyż to dzięki niemu władze brytyjskie zasadniczo nie chcą żadnego wynagrodzenia za okręt. Ponieważ okręt był przewidywany na szkolny, to do pozostałych na pokładzie dział kalibru głównego otrzymał połowę jednostki ognia z amunicji ostrej, a resztę stanowiła amunicja ćwiczebna. Zaskoczona wynikiem rozmów komandora Novotnego Warszawa zaczęła się zastanawiać nad celowością przyjęcia takiego prezentu, ale szef KMW nie czekał na ich wynik. Wysłał do Chatham, miejsca bazowania nowego nabytku PMW, stupięćdziesięcioosobową załogę do sprowadzenia go do kraju, wyposażając jednocześnie komandora Novotnego w stosowne pełnomocnictwa do przyjęcia okrętu i doprowadzenia go do Gdyni. Ten w trzy dni przyjął okręt i opuścił brytyjską bazę, zanim ktokolwiek miał czas na analizę wydarzeń, co mogło skutkować wycofaniem oferty przez Royal Navy. Komandor był pewien, że politycy nie pochwalą jego pomysłu wspólnych ćwiczeń PMW z Royal Navy i o swoich obawach poinformował szefa KMW, a ten sam dostrzegł podobny trend w Warszawie, co spowodowało, że obydwaj zaczęli się bardzo śpieszyć. Dowódca floty był świadomy tych faktów po rozmowie telefonicznej z szefem KMW, więcej, nawet znał marszutę ORP Polonia prowadzącą przez Wielki Bełt, żeby nie zadrażniać stosunków z Niemcami, tradycyjnie niechętnymi polskim zbrojeniom na morzu. Unrug podziwiał ten pełen tupetu pomysł Novotnego o wspólnych ćwiczeniach z Royal Navy na sprzęcie odpowiadającym brytyjskim odpowiednikom. Oczywiście tego typu zobowiązanie będzie musiało być realizowane, co jednak może wyjść tylko na korzyść ich młodej flocie, bo będą uczyć się od największej potęgi morskiej świata. Mgła, najmniej odpowiedni element w tej chwili, trochę wzbudzała obawy o spotkanie dwóch okrętów na morzu, chociaż z drugiej strony ORP Polonia ma też informację o miejscu spotkania, a Przylądek Rozewie jest tylko jeden na tym akwenie. Rozkaz wyjazdu załogi do odebrania krążownika mówił o tymczasowym przydziale, ale komandor wiedział, że wybrał do tego zadania najlepszych ludzi i oni pozostaną już na pokładzie okrętu, gdyż mają już orientację na nim, rzecz bezcenną w ich sytuacji, gdy nie było czasu na wspólne ćwiczenia z brytyjskimi marynarzami i stopniowe poznawanie jednostki. Z opisu komórki wywiadu wiedział, że angielskie załogi na tych okrętach liczą czterystu ludzi, ale ich nabytek miał jedna lufę głównego kalibru mniej, ponadto odpadały obsługi wyrzutni torpedowych i broni hydrostatycznej. Brakujące dwa działa obrony przeciwlotniczej i tak trzeba będzie uzupełnić, być może dostępnymi we flocie Vickersami kalibru czterdzieści, więc tutaj raczej oszczędności załogowych nie będzie, ale i tak wypadało, że co najmniej pięćdziesiąt osób będzie potrzeba mniej do załogi, czyli pełen skład to około trzysta pięćdziesiąt osób, a z reguły okręty nie pływały z pełnym składem osobowym, gdyż naturalna rotacja urlopowa i szkoleniowa z reguły powodowała nieobecność około dziesięciu procent załogi na pokładzie. Komandor zastanawiał się na ile na decyzję Anglików miał wpływ faktu zamówienia w stoczniach francuskich niszczycieli i okrętów podwodnych i zakupienia zdeklasowanego krążownika na jednostkę flagową w Gdyni, gdyż dotąd prezentowali sztywne stanowisko w tym temacie. Według Warszawy te posunięcia nie miały jakiegoś specjalnego wydźwięku w stosunkach polsko-brytyjskich, bo Francja tradycyjnie postrzegana była jako najbliższy sojusznik Polski, więc i naturalnym było nawiązanie współpracy na poziomie flot przez obydwa państwa. A mimo to argumenty Novotnego o wspólnych ćwiczeniach PMW i Royal Navy znalazły tym razem poważny oddźwięk nad Tamizą i niedługo po wiadomościach z Jugosławii o uruchomieniu byłego niemieckiego Niobe jako Dalmaciji i Polska ma mieć krążownik szkolny. Komandor Unrug zupełnie nie przejmował się demontażem części uzbrojenia Cassiopei, bo Marynarka ma własne rozwiązania, które można spokojnie zastosować na pokładzie krążownika. Nawet wymiana oryginalnych pięciu dział głównego kalibru na starszy model pochodzący z okrętu poprzedniego typu C HMS Comusa i z Kenta oraz zdjęcie brytyjskiego systemu kierowania ogniem nie psuły mu humoru, bo wiadomo było, że PMW jest na systemie metrycznym i angielskie jednostki miar mogły trochę komplikować użyteczność okrętu we flocie, a przy ich braku mogli sobie swobodnie wstawić swoje rozwiązania, które może nie były tak finezyjne, jak brytyjskie, ale skuteczne w rękach polskich marynarzy. Krążownik przybywał w odpowiednim okresie, żeby go móc bez problemu uzbroić i wyposażyć w sposób niezbędny do wykonywania zadań w PMW. Szef KMW już na samym wstępie stwierdził, że mowy nie ma, aby taki okręt pełnił rolę jednostki szkoleniowej. Do tego typu zadań mieli Mazura i Iskrę z Wilią, ponadto wykorzystywano Smoka do szkoleń morskich, jak również wyposażone dobrze w sprzęt i pomieszczenia kanonierki Generał Haller oraz Komendant Piłsudski. Krążownik szkolny, to też flagowiec PMW ORP Bałtyk, który wprawdzie nie poruszał się o własnych siłach, ale miał tak przestronne pomieszczenia i pokłady, że lepszego od niego nie było we flocie do celów reprezentacyjnych, a ponadto pełnił rolę koszar i szkoły dla młodych specjalistów floty. Dlatego komandor Świrski był przekonany, że Polonia będzie normalną jednostką liniową, a zadania szkoleniowe może realizować jako pełnoprawny okręt bojowy. Oczywiście redukcja uzbrojenia jest pewnego typu kłopotem, bo jedno działo głównego kalibru stanowi aż dwadzieścia procent siły bojowej okrętu, podobnie jak zdjęcie dalekonośnej broni przeciwlotniczej i ograniczenie jej do dwóch pom-poms, jak podali Brytyjczycy, powoduje istotne ograniczenie mocy obronnej, ale tego co jest starcza, aby Polonia mógł pełnić normalną służbę bojowo-morską we flocie, a nie tylko szkolną. Kwestia amunicji do pozostałego na pokładzie uzbrojenia też musiała zostać rozwiązana w jakiś sposób, bo nawet amunicja ćwiczebna powinna dość szybko zacząć się wyczerpywać na planowanym od przełomu lutego i marca cyklu szkolenia związanym z rozpoczęciem kampanii. Torpedowce i kanonierki odbywały dotąd wiele strzelań zarówno torpedowych, jak i artyleryjskich w czasie poprzednich kampanii i komandor Unrug nie wyobrażał sobie innego postępowania wobec Polonii. Już w pierwszym sezonie krążownika pod polską banderą przewidywany był udział w szkoleniu wspólnym z Royal Navy na wodach poligonu morskiego opodal Szetlandów. Zaproszenie Admiralicji Brytyjskiej wpłynęło do sztabu dowódcy floty zaraz po formalnym przejęciu Polonii przez komandora Novotnego, co było ewenementem, gdyż Anglicy nie wiedzieli nawet, czy krążownik dopłynie do Gdyni. Dlatego stojąc na mostku Podhalanina komandor Unrug był coraz bardziej zaintrygowany tempem wydarzeń wokół tego okrętu, tempem o tyle niezwykłym, że aż budzącym zawrót głowy. Komandor Novotny brat słynnego kontradmirała, miał jednak dobrą rękę do nawigacji, bo dokładnie w określonej rozkazem godzinie z kłębów mgły wyłonił się zaskakująco zgrabny okręt. Mający za sobą doświadczenia z Kaisersmarine komandor Unrug od razu dostrzegł surowe piękno funkcjonalnej sylwetki Polonii, jej nieszablonowego uroku skutecznego okrętu. W miarę zbliżania widoczny był brak dział burtowych i działa głównego za nadbudówką dziobową, a już całkiem z bliska widoczne były puste podstawy wyrzutni torpedowych, ale ku uciesze dowódcy floty, podstawy uniwersalne, na których bez problemu będzie można posadowić ich czterysta pięćdziesiątki czy to sparowane, czy pojedyncze. Krążownik na widok proporca dowódcy floty rozpoczął stosowny salut z małych dział na rufowej platformie, a ich nieznany im dźwięk to było pierwsze zetknięcie z pom-pommies. Po salucie komandor kazał wywiesić sygnał rozpoznawczy co sprawnie zostało sparowane odpowiedzią flagową z krążownika, a jego załoga ustawiła się w paradzie burtowej. Ryk syren i machanie czapkami dopełniało wzniosłości tej chwili przybycia krążownika na wody krajowe. Przez lornetkę komandor Unrug widział zadowolonego i szczęśliwego Novotnego juniora stojącego i salutującego na skrzydle mostka, który zdołał zdobyć tak piękny okręt dla nich. Na ten widok dowódca floty bardzo się ucieszył:
  • Proszę nadać: Podhalanin do Polonii, witamy we flocie, dobra robota!
Oficer sygnałowy błyskawicznie wykonał rozkaz i tylko kilku chwil trzeba było na otrzymanie odpowiedzi.
  • Polonia do Podhalanin; jesteśmy szczęśliwi z udanego rejsu do kraju!
Kapitan dowodzący torpedowcem zapytał komandora, czy chce udać się na krążownik, ale ten tylko skinął odmownie głową. To nie był ani moment, ani potrzeba na takie rejsy łodziami okrętowymi, bo okręty i tak zmierzają do Gdyni, więc tam na spokojnie można odwiedzić nowy nabytek floty.
  • Obieramy kurs na Gdynię, proszę zasygnalizować szyk liniowy, odstęp sześć kabli – na zdziwienie kapitana komandor dodał – teraz ma pan duży okręt za rufą i ten musi trzymać dystans, bo w razie jakiego wypadku rozjedzie pana, gdyż jego droga hamowania jest bardzo długa, a zwrot wykonuje ze sporą zwłoką.
Nieco zaskoczony kapitan przyznał się, że o tym nie pomyślał, a z drugiej strony przypomniał sobie ostrożne manewry niemieckiego krążownika Ariadne podczas jego wizyty w Gdyni. Dowódca niemiecki ani myślał podpływać zbyt blisko falochronów i spokojnie czekał na podejście do jego okrętu holowników portowych, które bezpiecznie wprowadziły Ariadne do portu. Polonia posłusznie dostosowała się do rozkazu i z szybkością dziesięciu węzłów rozpoczęli rejs ku Małemu Morzu. Wraz z rozjaśnianiem się i ustępowaniem mgły rosła przejrzystość powietrza, więc coraz więcej statków i łodzi mogło podziwiać dumny pochód polskich okrętów. Spory ruch statków specjalnie nie dziwił, bo okres późno jesienny sprzyjał popytowi na węgiel, jeden z głównych towarów eksportowych Polski. Napotykane statki salutowały groźną eskadrę i posłusznie uchylały się jej z drogi. Komandor Urung przedtem nie spotykał się z takim respektem na morzu, ale nigdy dotąd tak duży okręt nie pływał pod polską banderą. Na wysokości Władysławowa nawet do nich zbliżył się niemiecki torpedowiec, zaciekawiony marszem polskich okrętów, a jego zdumienie było tak wielkie, że na salut odpowiedział z opóźnieniem. Dla dowódcy floty była to chwila wielkiego triumfu, gdyż znał opinie niemieckie po zbudowaniu krążownika Emden, że zasadniczo nie dla niego równej jednostki w swojej klasie na Bałtyku, a teraz Polonia tę pewność siebie niemieckich marynarzy naruszy bardzo poważnie. Ale nie tylko niemiecka flota obserwowała przybycie krążownika na polskie wody, z otwartego morza na wysokości Jastarni pojawił się szwedzki okręt wojenny, pancernik Arran, który podpłynął ewidentnie wymienić salut z nowym nabytkiem PMW. Komandor Unrug bardzo się ucieszył z tego, że nakazał trzymać tylko dziesięć węzłów na logu, bo dzięki tej decyzji Szwedzi zdążyli na czas ze spotkaniem. Co ciekawsze, pancernik szwedzki poprosił o pozwolenie dołączenia do szyku i na rejs do Gdyni. Okręt płynął pod flagą kontradmirała, dowódcy eskadry i ewidentnie został wysłany dla uświetnienia tak znacznego wzmocnienia PMW, co było miłym zaskoczeniem dla dowódcy floty, który oczywiście pozwolił na przyłączenie i polecił podać treść rozkazu marszowego zespołu na szwedzki okręt. Jednocześnie polecił zawiadomić drogą radiową Gdynię o tym fakcie i rozkazał podniesienie gali banderowej na okrętach przebywających w porcie, gdyż Arran dodaje nieoczekiwanego wymiaru nadejściu Polonii z Wielkiej Brytanii. Poinformowany przez torpedowiec ląd też zareagował na nieoczekiwane raczej spotkanie T-96 z polskim zespołem, gdyż od Pilawy pojawił się dym idącego pełną mocą dużego okrętu, dowódca floty wiedział, że jeden z krążowników Reichmarine aktualnie odbywał tam ćwiczenia, prawdopodobnie więc gna im na spotkanie Nymphe. Lotnictwo morskie czuwało nad sytuacją i do radiostacji Podhalanina wpłynął meldunek potwierdzający domysły komandora, to istotnie Nymphe gna na spotkanie polsko-szwedzkiego zespołu. Również ten okręt podpłynął do dystansu na którym oddaje się saluty i starannie je oddał Podhalaninowi pod flagą dowódcy floty. Nymphe nie dołączył do szyku, ale towarzyszył im aż do granicy strefy wód wewnętrznych, czyli na trzy mile morskie od Gdyni, podobnie jak Arran, który odmeldował się tuż za Helem z szyku, ale wciąż podążał w pewnym oddaleniu od nich. Dla dowódcy floty było zrozumiałe, że okręty te nie wpływają na polskie wody bez wcześniejszego uzgodnienia z MSZ, więc nie wyraził zdziwienia ich postawą. Z Gdyni na ich powitanie wypłynął pełen ludzi wycieczkowiec m/s Gdańsk oraz trawler Jaskółka z generalicją na pokładzie. Krążownik stopniowo zwolnił i stanął w dryfie, a na jego spotkanie wyszły dwa holowniki portowe Marynarki Wojennej, aby go bezpiecznie wprowadzić do bazy wojennej Oksywie. Podhalanin tymczasem już dobił do kei i dowódca floty mógł udać się na nabrzeże do przywitania krążownika. Był też pierwszą osobą, która stanęła na trapie Polonii, gdy tylko ten został opuszczony na kamienie nabrzeża. Pierwsze wrażenie po wejściu na pokład niemal wprost z torpedowca, to ogrom miejsca na nim! Podobnie jak na Bałtyku, tak i na Polonii ewidentnie było dużo przestrzeni. Witającemu go komandorowi Novotnemu od razu o tym powiedział, co tamten przyjął z niekłamanym zadowoleniem.
  • Widząc krążownik niemiecki, nie wiedziałem czy ogłaszać alarm bojowy, panie komandorze.
  • Ależ Podhalanin nie ogłaszał, to czemu pan by chciał?
Zdziwienie Unruga było naturalne, ale natychmiast pojął o czym mówił Novotny, który obawiał się, że Nymphe ma na celu przeszkodzić w jakikolwiek sposób dotarciu Polonii do bazy. Dowódca floty wiedział, że takich obaw nie ma i dlatego zdziwił się z pierwszej chwili, ale oczywiście odpowiedział o braku jakiegokolwiek ryzyka w tym rejsie. Niemcy mogli być przeciwni polskim zbrojeniom morskim i byli, ale nie odważyliby się podnieść ręki na okręt podarowany im przez Royal Navy, to było oczywiste dla nich w kraju. Karmiony wiadomościami angielskimi Novotny miał nieco inną perspektywę tego problemu i doniesienia prasowe wydawały się sugerować, że Reichmarine może próbować uniemożliwienia dotarcia Polonii do Gdyni, co zresztą podgrzewała też prasa niemiecka na wieść o przekazaniu Polakom takiego okrętu. Od szefa KMW jednak dowódca floty wiedział, że nie ma podstawy zatrzymania polskiego krążownika szkolnego w rejsie do domu, bo taka była oficjalna interpretacja tego wydarzenia na zewnątrz. Polskie MSZ i Rząd zadbały o nieczynienie paniki wśród sąsiadów z powodu zawładnięcia właściwie tym okrętem przez szefa KMW, który nie czekając na wyniki rozważań warszawskich władz przejął podarunek i go sprowadził do Gdyni.

Uzupełnienie załogi krążownika i określenie potrzeb w zakresie modernizacji do polskich warunków, to były dwa najpilniejsze zadania na okres zimowy. Dowództwo floty miało tez inny problem, dokowanie okrętu, bo do niego dojdzie czy wcześniej, czy później, a należało być na ten moment przygotowanym. Gdańsk dysponował odpowiednimi dokami, ale..., z powodów politycznych mogło to być niewygodne, dlatego flota musi mieć możliwość dokowania gdzie indziej, a docelowo w Gdyni. Dla Gdyni oczywiste było, że należy zakupić dok pływający, bo taki ewentualnie może zostać zaholowany na Hel, gdzie powstała druga głębokowodna baza floty. Ponadto Puck i nowobudowane Władysławowo spełniały ten warunek, jakim jest odpowiednia dla stacjonowania okrętów wojennych infrastruktura. W kwestii uzbrojenia dowódca floty trochę sobiepańsko zdecydował o zainstalowaniu dział przeciwlotniczych Schneidera na miejscu zdjętych przez Brytyjczyków siedemdziesiątek piątek. Miały one wprawdzie kaliber czterdzieści siedem, ale to nie wykluczało ich użyteczności jako drugiego kalibru. Rozwiązanie te uznano za tymczasowe, bo wiadomo było już o nowoczesnej armacie uniwersalnej kalibru siedemdziesiąt pięć wdrażanej do produkcji i dla Polonii zostały już zamówione dwa działa tego typu na stanowiska kalibru pomocniczego. Problem pom-pomies też został rozwiązany w ten sam sposób, gdyż amunicja do tych działek okazała się największym kłopotem, co w tej sytuacji spowodowało ich wymianę na dość efektywne działa Vickersa, a nawet rozważano w sztabie dowództwa floty, czy nie dać ich więcej na platformie działa Y, gdzie można było pomieścić cztery działa tego typu. Problem amunicji do kalibru głównego został rozwiązany najszybciej, gdyż okazało się, że szwedzkie pociski idealnie odpowiadały potrzebom Polonii. W stosunku do brytyjskich miały one nieco niższą wagę i niższą prędkość początkową, co przełożyć się powinno na mniejszy zasięg maksymalny, ale obliczenia teoretyczne pokazywały, że strzelające z angielską amunicją na dystans dwudziestu dwu i pół kilometra działa z amunicją szwedzka stracą tylko jeden kilometr na dystansie. Argumentem za pociskami zza Bałtyku była cena, trzykrotnie mniejsza niż oryginalna amunicja z Anglii w przypadku najczęściej stosowanych pocisków burzących, a dwukrotna przebitka jeśli chodzi o pociski przeciwpancerne, których użycia zasadniczo nie przewidywano, bo Polonia nie miał walczyć z innymi krążownikami, tylko unikać tego typu spotkań, co od razu zostało wprowadzone do taktyki lekkich krążowników PMW, a zadanie względem najgroźniejszego aktualnie dlań Emdena ułatwiała duża szybkość maksymalna okrętu wynosząca dwadzieścia dziewięć węzłów, co dla niemieckiego krążownika płynącego dwadzieścia osiem węzłów było nieosiągalne na dłuższą metę (próba szybkości Polonii odciążonej ewidentnie zdjęciem ciężkiej wieży sześciocalowego działa i kalibru średniego dała wynik trzydziestu i czterech dziesiątych węzła, a przy dopuszczalnym przeciążeniu maszyn nawet ponad trzydzieści jeden węzłów). W każdym bądź razie Polonia konstrukcyjnie była gotowa trzymać szybkość dwudziestu dziewięciu węzłów, a Emden dwudziestu ośmiu, czyli istniała przewaga szybkości niezbędna do realizacji taktyki unikania starcia (nowobudowany Karlsruhe jednak miał pływać z szybkościami ponad trzydziestu węzłów) w przypadku spotkania z nim. Wspomniane pociski burzące były idealnym rozwiązaniem w przypadku zwalczania celów nieopancerzonych, a takimi były torpedowce i kontrtorpedowce. Oczywiście dopasowując taktykę dla krążownika, dowódca floty musiał brać pod uwagę obecność innych okrętów tej klasy na Bałtyku oprócz niemieckich. Szwecki krążownik lotniczy Gotland miał niemal podobną wielkość i uzbrojenie, a rosyjski typu Swietłana dysponował artylerią kalibru sto trzydzieści, co stawiało go zdecydowanie w niekorzystnej sytuacji, gdyż zasięg strzału i słaby pocisk powodowały zdecydowaną przewagę szwedzkich, polskich i niemieckich krążowników, a do tego dochodziła szybkość maksymalna, gdyż rosyjski był szybszy jedynie od dwudziestosiedmio węzłowego Gotlanda, ale jak donosił wywiad morski, tylko teoretycznie, bo oceniano jego możliwości na dwadzieścia pięć węzłów co najwyżej. Z opisu prób okrętu, które jednak ktoś obserwował, wynikało, że ani razu krążownik nie przekroczył tej szybkości. Osobnym problemem Polonii był system kierowania ogniem, gdyż Anglicy zdemontowali swój Fire Director i centralę artyleryjską, zastępując je podobnie jak działa kalibru głównego, systemami kasowanego krążownika Comus wcześniejszego typu C. Najtrudniejszym do przełknięcia dla polskich artylerzystów był system skalowania przyrządów na jardy i stopy, coś niezwykle trudnego dla nawykłych do systemu metrycznego Polaków. Dlatego bez specjalnego sentymentu specjaliści od uzbrojenia floty demontowali angielską centralę artyleryjską, oprzyrządowanie dział i dalmierze, zastępując je francuskimi, które otrzymali do zastąpienia nietypowych dla nich rozwiązań. Komandor Unrug był bardzo zainteresowany zasadą działania brytyjskiego Fire Directora, który z górnej platformy na maszcie pozwalał odpalać zdalne salwy, co określał jasno regulamin bojowy Royal Navy znaleziony wśród dokumentów pozostawionych na Cassiopei przez poprzednich użytkowników. Pierwszy artylerzysta kierujący kalibrem głównym tam właśnie miał swoje stanowisko bojowe, co odróżniało okręt brytyjski od znanych mu z wcześniejszej służby okrętów niemieckich, gdzie pierwszy oficer artylerii miał specjalne stanowisko dowodzenia w nadbudówce dziobowej krążownika mieszczącej centralę artyleryjską. Ponadto angielski krążownik tę właśnie miał ukrytą głęboko pod pokładem w miejscu najbardziej chronionym pancerzami, zaś mieszcząca się w nadbudówce śródokręcia druga, nieco ubożej wyposażona centrala pełniła funkcję centrali kalibru pomocniczego i przeciwlotniczego. Co ciekawsze, ta centrala była w stanie zastąpić centralę główną, co też dla potrzeb Polonii postanowiono wykorzystać, budując ciekawszy i praktyczniejszy system kierowania ogniem artyleryjskim oparty na rozwiązaniach skalowanych w systemie metrycznym. Do modernizacji krążownika z Francji został przysłany zespół techniczny Marine Nationale, gdyż zastosowanie najnowszej centrali artyleryjskiej podobnej do stosowanych na nowych krążownikach francuskich wymagało ich wsparcia. Dowodzący misją francuską techniczną komandor Villiers był zaskoczony mimo wszystko metodami polskich techników uzbrojenia, którzy inaczej zdefiniowali ciężar ważności stanowisk kierowania ostrzałem, gdyż znalezione wspomniane instrukcje brytyjskie pozwoliły na skopiowanie elementów pasującym im z brytyjskiej metody centralnego punktu kierowania ogniem na marsie fokmasztu. Komandor Unrug znał metody Kaisersmarine na rozwiązanie tego problemu, gdzie stanowisko na fokmaszcie pełniło funkcję jednego z dalmierzy o zdolności przejęcia kierowania ogniem, o tego typu rozwiązanie oparty został system Polonii, gdzie oficer artylerii dowodzący całością został umieszczony w osobnym stanowisku dowodzenia niezależnym od sztabu dowódcy okrętu w sensie pomieszczenia. Francuzi nie byli zachwyceni polskim zdecydowaniem w forsowaniu własnych metod w wyposażaniu krążownika, gdyż przekonani byli, że brak tradycji morskich polskiej floty powoduje, że jest na zdana na rozwiązania ich lub brytyjskie, a znaleziona nieoczekiwana samodzielność Polaków mogła być błędna. Dali temu wyraz oficjalny, pisząc dla swojego dowództwa raporty krytykujące poczynania sztabu dowódcy floty i biura technicznego PMW, co wywołało dyskusje na linii KMW - dowództwo floty, ale komandor Świrski nie przychylił się do wniosków francuskich, gdyż wskazał na zupełnie inne potraktowanie przez Marynarkę systemów nowobudowanych we Francji kontrtorpedowców, które też budziły opór francuskich budowniczych, ale które musiały być wprowadzone na polskie okręty z powodu ich szczególnych warunków służby, różnych jednak od zadań stawianych Marine Nationale. Dla polskich potrzeb bardzo istotnym elementem w kierowaniu ogniem była podzielność celów, a system brytyjski oparty na pracy trzech niezależnych od siebie zasadniczo dalmierzy pozwalał na podzielenie ognia między trzy cele. Oczywiście w Royal Navy przewidywano podzielenie ognia kalibru głównego na dwa cele, a kaliber pomocniczy mógł korzystać z dwóch własnych dalmierzy na nadbudówce śródokręcia do ostrzelania kolejnych dwóch celów, ale zainstalowanie trzech dalmierzy do korygowania ognia kalibru głównego świadczył o możliwości większego podziału, o potwierdziły badania nad zdemontowana centralą Polonii, gdzie ilość łączy samodzielnych odpowiadała ilości dział kalibru głównego, a ich zastosowanie ograniczała ilość stanowisk obsługi w samej centrali, a te był jednak trzy. Ogromne zadowolenie polskich inżynierów wywołała turbina marszowa. Ten specjalny wynalazek Royal Navy pozwalał na ekonomiczne użycie napędu, gdy nie było potrzeby uzyskiwania pełnej mocy. Wywiad morski zdobył informacje, że niemieccy konstruktorzy jeszcze inaczej rozwiązali ten problem, stosując do napędu marszowego ekonomiczne silniki diesla, ale aż takiej modyfikacji na Polonii zrobić się nie uda, bo trzeba byłoby przekonstruować całą siłownię okrętu. Ku zadowoleniu techników, Anglicy pozostawili też na swoim miejscu hydrofon krążownika, który oczywiście był skalowany w systemie angielskim, ale tu zapadła decyzja o nadpisaniu dodatkowych wartości metrycznych na blatach i panelach obsługi, a za zdjęte bomby hydrostatyczne postanowiono założyć polskie, przy czym powstała komplikacja, bo zrzutnie podpokładowe okazały się inne niż stosowane w PMW i te też trzeba było wymienić na własne. Uniwersalne stanowiska torped pozwoliły na swobodny montaż jednorurowych wyrzutni kalibru czterysta pięćdziesiąt pochodzących z torpedowców, z ich stanowisk dziobowych, które uznano na tych okrętach za zbędne. Tym samym Polonia zamiast ośmiu rur wyrzutni torpedowych dostała cztery, ale ich siła była jeszcze mniejsza z powody różnicy kalibru, gdyż angielska torpeda miała kaliber pięćset trzydzieści trzy polska zaś tylko czterysta pięćdziesiąt. Dawało to w sumie sporą różnicę, ale dowódca floty stwierdził, że nie jest zadaniem krążownika wykonywanie ataków torpedowych i takie zadania wykonuje on jedynie incydentalnie, raczej chroniąc idące do ataku mniejsze okręty siłą swojej artylerii. Dla owocnej współpracy z Royal Navy, czy z Marine Nationale ważnym elementem były sprawy bytowe załogi i tu okazało się, że o ile dla oficerów był stworzony całkiem wygodny system bytowy, to załoga miała na krążowniku warunki spartańskie wręcz. Dlatego planiści z Biura Technicznego MW przeprojektowali układ i funkcjonalność pomieszczeń, rezygnując przy tym z osobnych pomieszczeń dla desantu, bo Marynarka piechoty morskiej nie posiadała i nikt nie zamierzał jej tworzyć specjalnie dla wystawienia kompanii do dyspozycji krążownika. Zyskana w ten sposób przestrzeń została wykorzystana do optymalizacji zakwaterowania podoficerów i załogi marynarskiej oraz do powiększenia standardu bytowania dla nich. Francuzi z zespołu wsparcia technicznego byli wyraźnie zdziwieni tak dużym naciskiem polskim w tym temacie. Zapominali jednak o wysokich standardach Marine Nationale, która zapewniała każdemu członkowi załogi tak dużego okrętu własną koję w klimatyzowanym pomieszczeniu. Komandor Villers jednak wytłumaczył te zdziwienie, bo Francuzi byli przekonani, że operujący na Bałtyku okręt przebywa cały czas w strefie klimatu umiarkowanego, więc klimatyzacja wydawała się czymś mało istotnym, a bliskość do własnych baz powodowała, że warunki bytowe nie musiały spełniać tak dużych wymogów, jak te, do których dążono na Polonii.


Tekst © Karol Keane. Magazyn shiploverski 11/2008 Publikacja www.warships.pl za zgodą Karol Keane
Copyright © Okręty Wojenne 1939 - 45 www.warships.pl